Chciałbym Cię, Drogi Czytelniku zabrać w podróż po pruszkowskich zakamarkach zapamiętanych oczami dziecka. Dziś o wielu miejscach czy ludziach tamtych lat już nikt nie pamięta. Ich miejsce w historii zajęły już inne budynki, skwery, ścieżki i nowi ludzie. Podczas dzisiejszej podróży wracam pamięcią do Babci Sasankowej, która w pamięci dzieciaków zapisała się wręcz jako ikona pruszkowskiej codzienności. Ah, nie przedstawiłem się. Na imię mi Marcin. Mieszkam w Pruszkowie w kamienicy przy ul. Stalowej. Jest połowa lat 60.

Chodzę do trzeciej albo czwartej klasy, już nie pamiętam, Szkoły Podstawowej nr 8 na ul. Obrońców Pokoju i jak to w szkole – nadszedł dzień klasówki. Jak zawsze jestem nieprzygotowany. Mam w zwyczaju uczyć się na ostatnią chwilę, tuż przed lekcjami. Wymyśliłem sobie rano, że pójdę do lekarza i wezmę zwolnienie. Oczywiście bez wiedzy mamusi, no bo przecież poszła do pracy, nie ma potrzeby jej denerwować. Pomyślałem, że przecież wiem jak załatwia się zwolnienia. Nic prostszego! Po prostu wejdę do pani doktor i je wezmę. Zatem decyzja zapadła! Wyruszam na wycieczkę przez Pruszków do przychodni. Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie zauważył, dlatego wybieram ulicę Krańcową[1] i idę w kierunku ul. Bolesława Prusa[2]. Na wysokości ul. Obrońców Pokoju, czyli tam, gdzie jest moja szkoła stoi po prawej stronie budka naszej ukochanej Babci Sasankowej. Tak ją nazywaliśmy przez te wszystkie lata. Babcia Sasankowa była już tu podobno przed wojną.  Można było u niej kupić dżemy własnej roboty, kompoty, ogórki, świeże warzywa i owoce. Babcia była bardzo fajna, zawsze uśmiechnięta i miła w stosunku do dzieci. Zrobiłem u niej krótki przystanek, przywitałem się i zadecydowałem, że pójdę w kierunku piekarni. Stała na wysokości ul. Chopina[3], też na ul. Krańcowej – murowany dom z czerwonej cegły, jedno piętro bez poddasza. Piekarnia w późniejszym czasie spłonęła w pożarze i już nie odbudowano tego domu, sama piekarnia też przestała istnieć.

 sasankowa2

Zielona budka Babci Sasankowej, rys. Marcin Zalewski

Wracamy do szlaku, o którym chciałem opowiedzieć. Idę dalej prosto ul. Krańcową. Od ul. Chopina do ul. Bolesława Prusa były „kocie łby”, któż to pamięta?! Jak jechała dorożka, łomot był na całą okolicę. Dalsza część ul. Krańcowej od ul. Chopina do „żeberka”[4] za Zakładem „Herbapol” była wysypana lesiem[5], to taki żużel z naszej elektrociepłowni. Po lewej stronie ulicy widać pola. Nie ma tu jeszcze żadnych osiedli[6]. Nie poznałbyś, drogi Czytelniku ul. Wojska Polskiego[7] lat 60. Są tu domki jednorodzinne, ogrody i sady.Nowa ulica dopiero co powstawała na miejscu domków, sadów i przydomowych ogródków. Hałdy piachu i tyczek zaznaczały ulicę, która miała poprawić starą drogę powiatową z Warszawy do Grodziska i dalej.

Dochodzę do ul. Bolesława Prusa do „krzyża” (obecnie mniej więcej w tym miejscu znajduje się TEL-KAB Pruszków), które z opowieści znam jak rogatki miasta, a wcześniej wsi, przez którą podążały w kierunku Warszawy konne wozy pocztowe. W tym miejscu te dwie ulice łączyły się przez wiele lat.  Skręcam w lewo i idę ul. Bolesława Prusa w kierunku dzisiejszego Pałacu Ślubów. Mijam po drodze „Porcelit”[8], a po lewej bardzo długi blok mieszkalny, który stanął tuż przy targowisku miejskim (o targowisku wspomnę w innej opowieści z mojego dzieciństwa). Idę dalej i mijam ul. 17-go Stycznia[9] z fabryką ultramaryny i dochodzę do pogotowia ratunkowego, które mieściło się właśnie w budynku dzisiejszego Pałacu Ślubów. Muszę bardzo ostrożnie przejść koło posterunku Milicji Obywatelskiej[10] i już jestem przy przychodni. Wchodziło się do niej od strony parku hrabiego Potulickiego. To był taki drewniany barak z wąskimi, ciemno-brązowymi korytarzami. Jak człowiek tamtędy przechodził, to wszystko dudniło. Cały barak był z drewna i powybijany jakimiś płytami. Udało mi się dotrzeć do gabinetu lekarskiego, jakimś cudem mnie wpuścili. Niestety pani doktor zapowiedziała, że musi widzieć moją mamę, żeby mi wystawić zwolnienie. Oczywiście nie mogłem się zgodzić, żeby ją do mnie sprowadzono i w końcu zadecydowałem: przyznaję się do wszystkiego! Powiedziałem, że chcę mieć jeden dzień wolny od szkoły, bo jestem nieprzygotowany do klasówki. Udało mi się jednak wyprosić zaświadczenie, że byłem tego dnia u lekarza. Wizyta w przychodni należała do całkiem atrakcyjnych zajęć tego dnia, bo mogłem przyjrzeć się przyrządowi do oglądania klatki piersiowej. Po dłuższym czasie dopiero dowiedziałem się, że to był rentgen. Zamiast robić zdjęcia prześwietlał pacjenta, który stawał za specjalną szybą a lekarz mógł dzięki niej oglądać wszystkie żebra delikwenta. Coś wspaniałego. Archaik. Fajnie to wyglądało.

Ul. Krańcowa była ostatnią ulicą Pruszkowa idąc od stacji kolejowej PKP w kierunku Helenówka, pełną kałuż i kocich łbów. Stał tu też jeden z niewielu w Pruszkowie sklepów typowo monopolowych. Po latach wybudowane zostanie tu Osiedle Staszica, jednak w połowie lat 60.stoją tu baraki, tzw. parcela – bardzo biedne, małe, niskie domki, niektóre obite papą, niektóre murowane. Parcela powstała jeszcze przed II wojną światową – hrabia z Helenówka podzielił swoją ziemię między swych parobków, którzy dla niego pracowali.

Wrócę jeszcze myślą do niezapomnianej Babci Sasankowej. Od zawsze była na nas dzieciaków ikoną Pruszkowa. Opiekowała się wszystkimi dziećmi z okolicy, nie tylko tymi z mojej szkoły. Wszyscy bardzo chętnie ją odwiedzali. Miała tę swoją zieloną budkę z domowymi przetworami już przed wojną – tak słyszałem z opowieści, że zawsze tam stała. Na szczęście budka ocalała wojenną zawieruchę i po wojnie Babcia Sasankowa mogła do niej powrócić. Pamiętam, że była w niej zawsze, nawet jak miała już 90 lat. W tej swojej zielonej budce miała takie stare syfony z przezroczystego szkła, litrowe, napełniane wodą ze studni z niewielką ilością bąbelków. Niektóre „sikały”, niektóre nie. Myśmy się nimi w strażaków bawili. Budka przestała istnieć, jak budowano nowe osiedle mieszkaniowe, ale nie pamiętam, który to był rok. Wiem tylko, że Babcia Sasankowa i jej budka utkwiła wszystkim pruszkowskim dzieciom w pamięci na długo. Moja siostra Dorota miała w klasie kolegę, który wypił duszkiem cały syfon. Nie trzymał normalnie ustami i wypijał, tylko po prostu tak sikał do buzi, fajnie to wyglądało. Potem nie wytrzymał i cały  ten gaz wypuścił, to chyba ze 150 m szedł i cały czas bekał. Babcia Sasankowa też o tym wiedziała i cieszyła się, że jesteśmy tacy weseli.

sasankowa

Wnętrze budki Babci Sasankowej, rys. Marcin Zalewski

Całe zajście z moją wędrówką do przychodni wydało się po dwóch, może trzech tygodniach, ale szczęśliwie mama pogroziła mi tylko palcem. U lekarza już nigdy więcej nie szukałem pomocy, ale od zawsze uwielbiam spacerować po Pruszkowie (ku przerażeniu przedszkolanek dość często wybierałem się na piesze wędrówki w samotności już w przedszkolu) i w przyszłości też raczej się nie powstrzymam. Dzięki temu będę mógł opowiedzieć ci, drogi Czytelniku o innych miejscach dawnego Pruszkowa…

Rozmowę z Marcinem Zalewskim

przeprowadziła Agnieszka Praga


[1] Obecnie ul. Powstańców.

[2] W latach 60. Również była to ul. Bolesława Prusa.

[3] W latach 60. Również była to ul. Chopina.

[4] Popularna nazwa linii kolejowej łączącej stację PKP w Pruszkowie ze stacją WKD w Komorowie.

[5] Dawna nazwa żużla używanego do usypywania dróg, budowy domów.

[6] Nie było jeszcze Osiedla Staszica. W tej okolicy stały małe domki, ogrody itd. W połowie drogi od ul. Chopina do „krzyża”stała dwupiętrowa kamienica z czerwonej cegły, w której był sklep monopolowy.

[7] W latach 60. Również była to ul. Wojska Polskiego.

[8] Naprzeciwko „Porcelitu” trwa już budowa osiedla z najdłuższym blokiem. Wcześniej było tu targowisko miejskie, współcześnie osiedle z placem zabaw na tzw. „Broadway’u”, nawetbyły plany wybudowania w tym miejscu basenu kąpielowego – tak słyszałem.

[9] Współcześnie ul. Armii Krajowej.

[10] Dzisiejsze Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie z wejściem od strony parku.

„Babcia Sasankowa” Pruszków w roku 1964https://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2015/02/konfitury.jpghttps://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2015/02/konfitury-300x300.jpg admin HistoriaPolecane,,,,
Chciałbym Cię, Drogi Czytelniku zabrać w podróż po pruszkowskich zakamarkach zapamiętanych oczami dziecka. Dziś o wielu miejscach czy ludziach tamtych lat już nikt nie pamięta. Ich miejsce w historii zajęły już inne budynki, skwery, ścieżki i nowi ludzie. Podczas dzisiejszej podróży wracam pamięcią do Babci Sasankowej, która w pamięci...
<p style="text-align: justify;">Chciałbym Cię, Drogi Czytelniku zabrać w podróż po pruszkowskich zakamarkach zapamiętanych oczami dziecka. Dziś o wielu miejscach czy ludziach tamtych lat już nikt nie pamięta. Ich miejsce w historii zajęły już inne budynki, skwery, ścieżki i nowi ludzie. Podczas dzisiejszej podróży wracam pamięcią do Babci Sasankowej, która w pamięci dzieciaków zapisała się wręcz jako ikona pruszkowskiej codzienności. Ah, nie przedstawiłem się. Na imię mi Marcin. Mieszkam w Pruszkowie w kamienicy przy ul. Stalowej. Jest połowa lat 60.</p> <p style="text-align: justify;">Chodzę do trzeciej albo czwartej klasy, już nie pamiętam, Szkoły Podstawowej nr 8 na ul. Obrońców Pokoju i jak to w szkole – nadszedł dzień klasówki. Jak zawsze jestem nieprzygotowany. Mam w zwyczaju uczyć się na ostatnią chwilę, tuż przed lekcjami. Wymyśliłem sobie rano, że pójdę do lekarza i wezmę zwolnienie. Oczywiście bez wiedzy mamusi, no bo przecież poszła do pracy, nie ma potrzeby jej denerwować. Pomyślałem, że przecież wiem jak załatwia się zwolnienia. Nic prostszego! Po prostu wejdę do pani doktor i je wezmę. Zatem decyzja zapadła! Wyruszam na wycieczkę przez Pruszków do przychodni. Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie zauważył, dlatego wybieram ulicę Krańcową[1] i idę w kierunku ul. Bolesława Prusa[2]. Na wysokości ul. Obrońców Pokoju, czyli tam, gdzie jest moja szkoła stoi po prawej stronie budka naszej ukochanej Babci Sasankowej. Tak ją nazywaliśmy przez te wszystkie lata. Babcia Sasankowa była już tu podobno przed wojną.  Można było u niej kupić dżemy własnej roboty, kompoty, ogórki, świeże warzywa i owoce. Babcia była bardzo fajna, zawsze uśmiechnięta i miła w stosunku do dzieci. Zrobiłem u niej krótki przystanek, przywitałem się i zadecydowałem, że pójdę w kierunku piekarni. Stała na wysokości ul. Chopina[3], też na ul. Krańcowej - murowany dom z czerwonej cegły, jedno piętro bez poddasza. Piekarnia w późniejszym czasie spłonęła w pożarze i już nie odbudowano tego domu, sama piekarnia też przestała istnieć.</p> <p style="text-align: justify;"> <a href="http://pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2015/02/sasankowa2.jpg"><img class="aligncenter wp-image-5087" src="http://pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2015/02/sasankowa2-300x225.jpg" alt="sasankowa2" width="657" height="493" /></a></p> <p style="text-align: center;"><em>Zielona budka Babci Sasankowej, rys. Marcin Zalewski</em></p> <p style="text-align: justify;">Wracamy do szlaku, o którym chciałem opowiedzieć. Idę dalej prosto ul. Krańcową. Od ul. Chopina do ul. Bolesława Prusa były „kocie łby”, któż to pamięta?! Jak jechała dorożka, łomot był na całą okolicę. Dalsza część ul. Krańcowej od ul. Chopina do „żeberka”[4] za Zakładem „Herbapol” była wysypana lesiem[5], to taki żużel z naszej elektrociepłowni. Po lewej stronie ulicy widać pola. Nie ma tu jeszcze żadnych osiedli[6]. Nie poznałbyś, drogi Czytelniku ul. Wojska Polskiego[7] lat 60. Są tu domki jednorodzinne, ogrody i sady.Nowa ulica dopiero co powstawała na miejscu domków, sadów i przydomowych ogródków. Hałdy piachu i tyczek zaznaczały ulicę, która miała poprawić starą drogę powiatową z Warszawy do Grodziska i dalej.</p> <p style="text-align: justify;">Dochodzę do ul. Bolesława Prusa do „krzyża” (obecnie mniej więcej w tym miejscu znajduje się TEL-KAB Pruszków), które z opowieści znam jak rogatki miasta, a wcześniej wsi, przez którą podążały w kierunku Warszawy konne wozy pocztowe. W tym miejscu te dwie ulice łączyły się przez wiele lat.  Skręcam w lewo i idę ul. Bolesława Prusa w kierunku dzisiejszego Pałacu Ślubów. Mijam po drodze „Porcelit”[8], a po lewej bardzo długi blok mieszkalny, który stanął tuż przy targowisku miejskim (o targowisku wspomnę w innej opowieści z mojego dzieciństwa). Idę dalej i mijam ul. 17-go Stycznia[9] z fabryką ultramaryny i dochodzę do pogotowia ratunkowego, które mieściło się właśnie w budynku dzisiejszego Pałacu Ślubów. Muszę bardzo ostrożnie przejść koło posterunku Milicji Obywatelskiej[10] i już jestem przy przychodni. Wchodziło się do niej od strony parku hrabiego Potulickiego. To był taki drewniany barak z wąskimi, ciemno-brązowymi korytarzami. Jak człowiek tamtędy przechodził, to wszystko dudniło. Cały barak był z drewna i powybijany jakimiś płytami. Udało mi się dotrzeć do gabinetu lekarskiego, jakimś cudem mnie wpuścili. Niestety pani doktor zapowiedziała, że musi widzieć moją mamę, żeby mi wystawić zwolnienie. Oczywiście nie mogłem się zgodzić, żeby ją do mnie sprowadzono i w końcu zadecydowałem: przyznaję się do wszystkiego! Powiedziałem, że chcę mieć jeden dzień wolny od szkoły, bo jestem nieprzygotowany do klasówki. Udało mi się jednak wyprosić zaświadczenie, że byłem tego dnia u lekarza. Wizyta w przychodni należała do całkiem atrakcyjnych zajęć tego dnia, bo mogłem przyjrzeć się przyrządowi do oglądania klatki piersiowej. Po dłuższym czasie dopiero dowiedziałem się, że to był rentgen. Zamiast robić zdjęcia prześwietlał pacjenta, który stawał za specjalną szybą a lekarz mógł dzięki niej oglądać wszystkie żebra delikwenta. Coś wspaniałego. Archaik. Fajnie to wyglądało.</p> <p style="text-align: justify;">Ul. Krańcowa była ostatnią ulicą Pruszkowa idąc od stacji kolejowej PKP w kierunku Helenówka, pełną kałuż i kocich łbów. Stał tu też jeden z niewielu w Pruszkowie sklepów typowo monopolowych. Po latach wybudowane zostanie tu Osiedle Staszica, jednak w połowie lat 60.stoją tu baraki, tzw. parcela – bardzo biedne, małe, niskie domki, niektóre obite papą, niektóre murowane. Parcela powstała jeszcze przed II wojną światową – hrabia z Helenówka podzielił swoją ziemię między swych parobków, którzy dla niego pracowali.</p> <p style="text-align: justify;">Wrócę jeszcze myślą do niezapomnianej Babci Sasankowej. Od zawsze była na nas dzieciaków ikoną Pruszkowa. Opiekowała się wszystkimi dziećmi z okolicy, nie tylko tymi z mojej szkoły. Wszyscy bardzo chętnie ją odwiedzali. Miała tę swoją zieloną budkę z domowymi przetworami już przed wojną – tak słyszałem z opowieści, że zawsze tam stała. Na szczęście budka ocalała wojenną zawieruchę i po wojnie Babcia Sasankowa mogła do niej powrócić. Pamiętam, że była w niej zawsze, nawet jak miała już 90 lat. W tej swojej zielonej budce miała takie stare syfony z przezroczystego szkła, litrowe, napełniane wodą ze studni z niewielką ilością bąbelków. Niektóre „sikały”, niektóre nie. Myśmy się nimi w strażaków bawili. Budka przestała istnieć, jak budowano nowe osiedle mieszkaniowe, ale nie pamiętam, który to był rok. Wiem tylko, że Babcia Sasankowa i jej budka utkwiła wszystkim pruszkowskim dzieciom w pamięci na długo. Moja siostra Dorota miała w klasie kolegę, który wypił duszkiem cały syfon. Nie trzymał normalnie ustami i wypijał, tylko po prostu tak sikał do buzi, fajnie to wyglądało. Potem nie wytrzymał i cały  ten gaz wypuścił, to chyba ze 150 m szedł i cały czas bekał. Babcia Sasankowa też o tym wiedziała i cieszyła się, że jesteśmy tacy weseli.</p> <p style="text-align: justify;"><a href="http://pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2015/02/sasankowa.jpg"><img class="aligncenter wp-image-5088" src="http://pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2015/02/sasankowa-300x209.jpg" alt="sasankowa" width="446" height="310" /></a></p> <p style="text-align: center;"><em>Wnętrze budki Babci Sasankowej, rys. Marcin Zalewski</em></p> <p style="text-align: justify;">Całe zajście z moją wędrówką do przychodni wydało się po dwóch, może trzech tygodniach, ale szczęśliwie mama pogroziła mi tylko palcem. U lekarza już nigdy więcej nie szukałem pomocy, ale od zawsze uwielbiam spacerować po Pruszkowie (ku przerażeniu przedszkolanek dość często wybierałem się na piesze wędrówki w samotności już w przedszkolu) i w przyszłości też raczej się nie powstrzymam. Dzięki temu będę mógł opowiedzieć ci, drogi Czytelniku o innych miejscach dawnego Pruszkowa…</p> <p style="text-align: right;">Rozmowę z Marcinem Zalewskim</p> <p style="text-align: right;">przeprowadziła Agnieszka Praga</p> <hr /> <p style="text-align: justify;">[1] Obecnie ul. Powstańców.</p> <p style="text-align: justify;">[2] W latach 60. Również była to ul. Bolesława Prusa.</p> <p style="text-align: justify;">[3] W latach 60. Również była to ul. Chopina.</p> <p style="text-align: justify;">[4] Popularna nazwa linii kolejowej łączącej stację PKP w Pruszkowie ze stacją WKD w Komorowie.</p> <p style="text-align: justify;">[5] Dawna nazwa żużla używanego do usypywania dróg, budowy domów.</p> <p style="text-align: justify;">[6] Nie było jeszcze Osiedla Staszica. W tej okolicy stały małe domki, ogrody itd. W połowie drogi od ul. Chopina do „krzyża”stała dwupiętrowa kamienica z czerwonej cegły, w której był sklep monopolowy.</p> <p style="text-align: justify;">[7] W latach 60. Również była to ul. Wojska Polskiego.</p> <p style="text-align: justify;">[8] Naprzeciwko „Porcelitu” trwa już budowa osiedla z najdłuższym blokiem. Wcześniej było tu targowisko miejskie, współcześnie osiedle z placem zabaw na tzw. „Broadway’u”, nawetbyły plany wybudowania w tym miejscu basenu kąpielowego – tak słyszałem.</p> <p style="text-align: justify;">[9] Współcześnie ul. Armii Krajowej.</p> <p style="text-align: justify;">[10] Dzisiejsze Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie z wejściem od strony parku.</p>