W Pruszkowie mieszkam od 56 lat. Bezdomnymi zwierzętami zajmuję się 15 lat, a z Urzędem Miasta współpracuję co najmniej 10 lat. Chciałabym pokazać jak od strony wolontariuszki wygląda pomoc wolno żyjącym zwierzętom w naszym mieście.

Można dyskutować o lubieniu i nie lubieniu kotów, ale ich sanitarna rola w mieście nie podlega dyskusji  – dzięki nim ograniczana jest populacja szczurów i myszy. Nawet dobrze nakarmione koty zachowują instynkt łowcy. Dokarmianie nie wywołuje ich obojętności wobec gryzoni, wręcz przeciwnie, zdrowy i silny drapieżnik jest bardziej skuteczny.

Wydział Ochrony Środowiska  Urzędu Miasta Pruszkowa karmi zwierzęta wolno żyjące rękami wolontariuszy, którzy znają swoich czworonożnych podopiecznych i o nich dbają, ale najczęściej nie są w stanie finansować całego ich wyżywienia. Wydział Ochrony Środowiska wydaje karmę dla zwierząt, ale w okresie letnim znacznie ograniczył jej ilość. Dla 11 kotów, które dokarmiam w kilku punktach na terenie Pruszkowa na miesiąc maj otrzymałam 4,5 kg suchej karmy. Po zwróceniu uwagi, że jest to ilość niewystarczająca, otrzymałam odpowiedź, że przecież nikt nie kazał mi dokarmiać takiej ilości zwierząt! Jednocześnie muszę wspomnieć, że pani z Wydziału Ochrony Środowiska miała pretensję, że nie wpisałam większej ilości kotów, które mam pod opieką. Urzędniczka Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego, której obowiązkiem jest opieka nad zwierzętami, obecnie reaguje wprost alergicznie na każdą uwagę i próbę dyskusji.

Nie wiem jaki przelicznik stosuje się w Urzędzie Miasta, ale rachunek jest prosty. Średniej wielkości kot (3-5 kg) powinien zjadać (zależnie od karmy) dziennie średnio 50-70 g pokarmu.  Licząc tylko 50g karmy dziennie na jednego kota , to przy 11 daje 16,5 kg na miesiąc, a nie 4,5 kg, ile otrzymałam ostatnim razem. Nie wspomnę już o comiesięcznych podejrzeniach o sprzedaż tej karmy. Jeżeli takie przypadki faktycznie się zdarzają, należy to zweryfikować i wyeliminować. Nikt nie wymaga, aby Urząd Miasta w 100% pokrył zapotrzebowanie na jedzenie dla wolno żyjących kotów, ale niech pomoc będzie realna. Jedynym argumentem na zmniejszenie ilości karmy w okresie letnim jest stwierdzenie, że zimą zwierzęta potrzebują więcej. Również argument, że przez dokarmianie rozmnaża się zwierzęta jest absurdalny. Nie wykluczam, że są osoby, które nie zgłaszają kotów do sterylizacji i te należy uświadamiać, a nie wydawać mniejszej ilości karmy bo nie jest to kara dla ludzi tylko kotów.

Mam wrażenie, że w Urzędzie Miasta wolontariuszy dokarmiających zwierzęta traktuje się jak natrętów, niewygodne osoby, które  z nudów szukają sobie zwierząt do karmienia. A przecież panie urzędniczki wiedzą, że zgodnie z prawem opieka nad zwierzętami to nie wyłapywanie i pozbywanie się kotów, ale ich sterylizacja i dokarmianie na danym terenie. Oczywiście nie wszystkie koty mogą funkcjonować jako wolno żyjące, gdyż nie odnajdują się w takich warunkach lub zostały porzucone i im szuka się domu. Wolontariusze oczekują wsparcia, współpracy ze strony Miasta. Odnoszę wrażenie, że obecnie ich pracę traktuję się jak coś zbędnego. Ostatnio czytałam o „szerokich konsultacjach” społecznych w sprawie nowego programu pomocy zwierzętom na terenie Pruszkowa. Z jakim środowiskiem społecznym odbywały się te konsultacje? Nas, osób które pracują „w terenie”, niestety nikt o nic nie pytał.

Współpraca z Wydziałem Ochrony Środowiska UM jest trudna, czasami szorstka. Tak naprawdę zawsze dbano tylko o to, żeby na terenie miasta panował porządek, a nie o realną pomoc zwierzętom. Należy pamiętać o zawieranych umowach ze schroniskami w Korbielewicach, w Nasielsku czy też z firmą z Milanówka, które nie cieszą się dobrą opinią. Odłowione zwierzęta wywożono z terenu miasta i nikt nie przejmował się ich dalszym losem. Przekonałam się o tym osobiście kiedy do schroniska w Korbielewicach wywiezione zostały zgłoszone przeze mnie koty. Po ich umieszczeniu w schronisku, nikt telefonicznie nie potrafił mi powiedzieć, co się z nimi działo. A to nie były odosobnione przypadki.

Wiem, że okoliczne gminy potrafią radzić sobie z tym problemem zdecydowanie lepiej. Podpisują umowy z gabinetami weterynaryjnymi, w których są dobre warunki do sterylizacji zwierząt i ich przetrzymywania. Przykładem są Michałowice i Baranów. Tam również ilość karmy przekazywana dla wolno żyjących kotów jest zdecydowanie większa. Tam kotki po zabiegach przetrzymywane są 7 dni i odrobaczane. W Pruszkowie jest to maksimum 3 dni, a w niektórych przypadkach 2 lub nawet tylko  1 dzień.

Nie należę do żadnej organizacji czy stowarzyszenia. Od lat zajmuję się nie tylko dokarmianiem, zgłaszam również koty do sterylizacji w Wydziale Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego do fundacji, z którymi współpracuję. Koty, które nie mogą być kotami wolno żyjącymi, staram się oddawać do adopcji. Jestem bardzo wdzięczna Domowi Tymczasowemu Kocia Łapka za wszelką pomoc, której mi udziela. DT Kocia Łapka oraz Pruszkowski Dom Tymczasowy to grupy osób, które w rzeczywisty sposób pomagają pruszkowskim kotom.

Ostatnio Pruszków zerwał umowę z hyclem i zapowiedział zacieśnienie współpracy z Pruszkowskim Stowarzyszeniem na Rzecz Zwierząt. Mam wielką nadzieję, że podpisanie umowy z PSnRZ, wprowadzi nową jakość, tak aby na pierwszym miejscu było dobro zwierząt. Marzę o tym, żeby zmieniła się mentalność urzędników, którzy są odpowiedzialni za los zwierząt w Pruszkowie. Jak tego dokonać? Nie wiem, ale to ważne, żeby w końcu do sprawy podchodzić mniej przedmiotowo, żeby zwierzęta objąć opieką, a nie traktować ich jak problem, którego należy się pozbyć.

Niniejszym listem chcę wyrazić sprzeciw wobec przedmiotowego traktowania zwierząt, którym poświęciłam 15 lat swojego życia, przemówić w imieniu tych, którzy sami przemówić nie mogą.

Lucyna Bartosik

List otwarty w sprawie dokarmiania wolno żyjących kotów w Pruszkowiehttps://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2014/06/kot.jpghttps://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2014/06/kot-300x300.jpg admin AktualnościMiastoPruszków,,,
W Pruszkowie mieszkam od 56 lat. Bezdomnymi zwierzętami zajmuję się 15 lat, a z Urzędem Miasta współpracuję co najmniej 10 lat. Chciałabym pokazać jak od strony wolontariuszki wygląda pomoc wolno żyjącym zwierzętom w naszym mieście. Można dyskutować o lubieniu i nie lubieniu kotów, ale ich sanitarna rola w mieście nie...
<blockquote>W Pruszkowie mieszkam od 56 lat. Bezdomnymi zwierzętami zajmuję się 15 lat, a z Urzędem Miasta współpracuję co najmniej 10 lat. Chciałabym pokazać jak od strony wolontariuszki wygląda pomoc wolno żyjącym zwierzętom w naszym mieście. Można dyskutować o lubieniu i nie lubieniu kotów, ale ich sanitarna rola w mieście nie podlega dyskusji  - dzięki nim ograniczana jest populacja szczurów i myszy. Nawet dobrze nakarmione koty zachowują instynkt łowcy. Dokarmianie nie wywołuje ich obojętności wobec gryzoni, wręcz przeciwnie, zdrowy i silny drapieżnik jest bardziej skuteczny. Wydział Ochrony Środowiska  Urzędu Miasta Pruszkowa karmi zwierzęta wolno żyjące rękami wolontariuszy, którzy znają swoich czworonożnych podopiecznych i o nich dbają, ale najczęściej nie są w stanie finansować całego ich wyżywienia. Wydział Ochrony Środowiska wydaje karmę dla zwierząt, ale w okresie letnim znacznie ograniczył jej ilość. Dla 11 kotów, które dokarmiam w kilku punktach na terenie Pruszkowa na miesiąc maj otrzymałam 4,5 kg suchej karmy. Po zwróceniu uwagi, że jest to ilość niewystarczająca, otrzymałam odpowiedź, że przecież nikt nie kazał mi dokarmiać takiej ilości zwierząt! Jednocześnie muszę wspomnieć, że pani z Wydziału Ochrony Środowiska miała pretensję, że nie wpisałam większej ilości kotów, które mam pod opieką. Urzędniczka Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego, której obowiązkiem jest opieka nad zwierzętami, obecnie reaguje wprost alergicznie na każdą uwagę i próbę dyskusji. Nie wiem jaki przelicznik stosuje się w Urzędzie Miasta, ale rachunek jest prosty. Średniej wielkości kot (3-5 kg) powinien zjadać (zależnie od karmy) dziennie średnio 50-70 g pokarmu.  Licząc tylko 50g karmy dziennie na jednego kota , to przy 11 daje 16,5 kg na miesiąc, a nie 4,5 kg, ile otrzymałam ostatnim razem. Nie wspomnę już o comiesięcznych podejrzeniach o sprzedaż tej karmy. Jeżeli takie przypadki faktycznie się zdarzają, należy to zweryfikować i wyeliminować. Nikt nie wymaga, aby Urząd Miasta w 100% pokrył zapotrzebowanie na jedzenie dla wolno żyjących kotów, ale niech pomoc będzie realna. Jedynym argumentem na zmniejszenie ilości karmy w okresie letnim jest stwierdzenie, że zimą zwierzęta potrzebują więcej. Również argument, że przez dokarmianie rozmnaża się zwierzęta jest absurdalny. Nie wykluczam, że są osoby, które nie zgłaszają kotów do sterylizacji i te należy uświadamiać, a nie wydawać mniejszej ilości karmy bo nie jest to kara dla ludzi tylko kotów. Mam wrażenie, że w Urzędzie Miasta wolontariuszy dokarmiających zwierzęta traktuje się jak natrętów, niewygodne osoby, które  z nudów szukają sobie zwierząt do karmienia. A przecież panie urzędniczki wiedzą, że zgodnie z prawem opieka nad zwierzętami to nie wyłapywanie i pozbywanie się kotów, ale ich sterylizacja i dokarmianie na danym terenie. Oczywiście nie wszystkie koty mogą funkcjonować jako wolno żyjące, gdyż nie odnajdują się w takich warunkach lub zostały porzucone i im szuka się domu. Wolontariusze oczekują wsparcia, współpracy ze strony Miasta. Odnoszę wrażenie, że obecnie ich pracę traktuję się jak coś zbędnego. Ostatnio czytałam o „szerokich konsultacjach” społecznych w sprawie nowego programu pomocy zwierzętom na terenie Pruszkowa. Z jakim środowiskiem społecznym odbywały się te konsultacje? Nas, osób które pracują „w terenie”, niestety nikt o nic nie pytał. Współpraca z Wydziałem Ochrony Środowiska UM jest trudna, czasami szorstka. Tak naprawdę zawsze dbano tylko o to, żeby na terenie miasta panował porządek, a nie o realną pomoc zwierzętom. Należy pamiętać o zawieranych umowach ze schroniskami w Korbielewicach, w Nasielsku czy też z firmą z Milanówka, które nie cieszą się dobrą opinią. Odłowione zwierzęta wywożono z terenu miasta i nikt nie przejmował się ich dalszym losem. Przekonałam się o tym osobiście kiedy do schroniska w Korbielewicach wywiezione zostały zgłoszone przeze mnie koty. Po ich umieszczeniu w schronisku, nikt telefonicznie nie potrafił mi powiedzieć, co się z nimi działo. A to nie były odosobnione przypadki. Wiem, że okoliczne gminy potrafią radzić sobie z tym problemem zdecydowanie lepiej. Podpisują umowy z gabinetami weterynaryjnymi, w których są dobre warunki do sterylizacji zwierząt i ich przetrzymywania. Przykładem są Michałowice i Baranów. Tam również ilość karmy przekazywana dla wolno żyjących kotów jest zdecydowanie większa. Tam kotki po zabiegach przetrzymywane są 7 dni i odrobaczane. W Pruszkowie jest to maksimum 3 dni, a w niektórych przypadkach 2 lub nawet tylko  1 dzień. Nie należę do żadnej organizacji czy stowarzyszenia. Od lat zajmuję się nie tylko dokarmianiem, zgłaszam również koty do sterylizacji w Wydziale Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego do fundacji, z którymi współpracuję. Koty, które nie mogą być kotami wolno żyjącymi, staram się oddawać do adopcji. Jestem bardzo wdzięczna Domowi Tymczasowemu Kocia Łapka za wszelką pomoc, której mi udziela. DT Kocia Łapka oraz Pruszkowski Dom Tymczasowy to grupy osób, które w rzeczywisty sposób pomagają pruszkowskim kotom. Ostatnio Pruszków zerwał umowę z hyclem i zapowiedział zacieśnienie współpracy z Pruszkowskim Stowarzyszeniem na Rzecz Zwierząt. Mam wielką nadzieję, że podpisanie umowy z PSnRZ, wprowadzi nową jakość, tak aby na pierwszym miejscu było dobro zwierząt. Marzę o tym, żeby zmieniła się mentalność urzędników, którzy są odpowiedzialni za los zwierząt w Pruszkowie. Jak tego dokonać? Nie wiem, ale to ważne, żeby w końcu do sprawy podchodzić mniej przedmiotowo, żeby zwierzęta objąć opieką, a nie traktować ich jak problem, którego należy się pozbyć. Niniejszym listem chcę wyrazić sprzeciw wobec przedmiotowego traktowania zwierząt, którym poświęciłam 15 lat swojego życia, przemówić w imieniu tych, którzy sami przemówić nie mogą.</blockquote> <p style="text-align: right;">Lucyna Bartosik</p>