Aleksander Kamiński
Aleksander Kamiński

Blisko granicy z Piastowem, przy ul. Gałczyńskiego 44 stoi niewielka, biała oficynka. Tak naprawdę jest zdecydowanie bliżej ulicy Zdziarskiej i to z tej strony jest brama prowadząca na jej podwórze. Ściany tego małego domu były świadkiem powstawania jednej z najważniejszych książek XX wieku, której ekranizację można było zobaczyć rok temu w kinach – „Kamieni na szaniec” autorstwa Aleksandra Kamińskiego.

Tam gdzie cisza spotkała się z harmidrem wojny

„Kwitły drzewa. Wiśnie. Jabłonki. Zapach. Cisza” – tak wspomina atmosferę dni pracy nad książką żona Aleksandra Kamińskiego – Janina. Ówczesny Żbików nie był jeszcze wtedy częścią Pruszkowa, a jego okolice wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiaj – przeważały pola, a domków było zaledwie kilka (część z nich zresztą jeszcze stoi i łatwo je odróżnić od nowszych). Pomimo tego, że jeszcze trwała wojna ( był to rok 1943), to było tam spokojnie, co jest tak widoczne we wspomnieniach Janiny Kamińskiej: „Byliśmy samotni, bezpiecznie wyizolowani”. Mimo to, ściany tej małej oficynki mogły usłyszeć o toczącej się zaledwie kilkanaście kilometrów dalej wojnie, ponieważ Kamyk dyktował treść książki żonie. Z relacji Janiny dowiadujemy się jak przebiegał ten proces twórczy: „Chodził po pokoju. Długą chwilę zawieszałam pióro nad kartką. I nagle zaczął dyktować, nie, mówić jakby stał przy jednym z ognisk, wśród harcerzy czekających na gawędę”. Jak wiadomo, książka ta nie jest powieścią fikcyjną – Kamyk znał osobiście każdą lub prawie każdą osobę których losy opisywał – szczególnie dobrze znał Rudego, Zośkę i Alka, a to co napisał to w dużej części relacje samych tych bohaterów. Kamyk był dla nich jak ojciec – starszy, w dodatku harcerz drużynowy, mający rozwinięty zmysł opiekuńczy – silnie przeżywał ich nieszczęśliwy los, dlatego przy pisaniu książki nie obyło się bez silnych emocji. Jak znów dowiadujemy się z relacji żony autora – „Pamiętam, że przy scenie bestialskiego przesłuchania Rudego mnie zamierał dech, a Olkowi drżał głos… Często przerywał.” W pewnym momencie pisania, okazało się, że ta cisza i wyizolowanie były pozorne – Janina i Aleksander usłyszeli ostrzeżenie jednego z domowników: „Gestapo u sąsiadów!” Na szczęście – ominęło ich.

Domek – poszukiwania, odnalezienie, zapomnienie

O tym, że to w Pruszkowie spisane zostały te losy wojenne wiemy dzięki biografii Kamyka autorstwa Barbary Wachowicz pt. „Kamyk na szańcu”. To dzięki jej staraniom możemy poznać relację żony Kamińskiego, a domek pomogła jej odnaleźć córka Kamyka – Ewa Rzetelska – Feleszko ( a stało się to dopiero na początku lat ’90!). Sama posesja należała do wuja Janiny, który mieszkał w drewnianym domu obok oficynki. Gdy autorka biografii pojechała razem z córką Kamyka zobaczyć ten dom same nie wiedziały czy jeszcze go tam znajdą. Znalazły oficynkę w ruinie, wynajmowaną przez młodego chłopaka razem z ojcem, niezwiązanego z poprzednimi, wojennym właścicielami. Chłopak powiedział, że „oficynkę pewnie właściciele rozbiorą….”. Co dalej? Dalej niewiele się działo – były jakieś starania, próby, ale żadne odremontowanie ani upamiętnienie nie nastąpiło. Z racji tego, że książka wydana została w 2002 r. to czytając to nie wiedziałam czy ten dom jest tam nadal czy nie. Dlatego z wielką ciekawością wybrałam się tam razem z Piotrem Tomaszewskim z naszej redakcji, aby zbadać sprawę. Na szczęście domek nadal jest, więc wizja mieszkającego tam chłopaka o jego wyburzeniu nie sprawdziła się. Nie można podejść pod sam domek – widzieliśmy go od strony ulicy Zdziarskiej zza zamkniętej bramy i w odległości kilku metrów. Czy ktoś tam mieszka? Trudno powiedzieć – na posesji obok był tylko przyjazny piesek, więc nie było kogo zapytać. Faktem natomiast jest, że domek ten jest w niezbyt dobrym stanie, a zdecydowanie zasługuje na uwagę ze względu na swoją historię. Nie wyróżnia się niczym specjalnym pośród innych domków, a tak naprawdę jest wyjątkowy.

Widok od ul. Zdziarskiej - Fot. P. Tomaszewski
Widok od ul. Zdziarskiej – Fot. P. Tomaszewski
Ciekawostki o Pruszkowie – Niepozorny domek z wielką historią!https://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2015/11/DSC_8267-1024x682.jpghttps://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2015/11/DSC_8267-300x300.jpgAngelika SobańskaAngelika SobańskaHistoriaPolecanePruszków,,,
Blisko granicy z Piastowem, przy ul. Gałczyńskiego 44 stoi niewielka, biała oficynka. Tak naprawdę jest zdecydowanie bliżej ulicy Zdziarskiej i to z tej strony jest brama prowadząca na jej podwórze. Ściany tego małego domu były świadkiem powstawania jednej z najważniejszych książek XX wieku, której ekranizację można było zobaczyć rok...
<p style="text-align: justify;">Blisko granicy z Piastowem, przy ul. Gałczyńskiego 44 stoi niewielka, biała oficynka. Tak naprawdę jest zdecydowanie bliżej ulicy Zdziarskiej i to z tej strony jest brama prowadząca na jej podwórze. Ściany tego małego domu były świadkiem powstawania jednej z najważniejszych książek XX wieku, której ekranizację można było zobaczyć rok temu w kinach – „Kamieni na szaniec” autorstwa Aleksandra Kamińskiego.</p><p style="text-align: justify;"><strong>Tam gdzie cisza spotkała się z harmidrem wojny</strong></p><p style="text-align: justify;"><em>„Kwitły drzewa. Wiśnie. Jabłonki. Zapach. Cisza”</em> - tak wspomina atmosferę dni pracy nad książką żona Aleksandra Kamińskiego - Janina. Ówczesny Żbików nie był jeszcze wtedy częścią Pruszkowa, a jego okolice wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiaj – przeważały pola, a domków było zaledwie kilka (część z nich zresztą jeszcze stoi i łatwo je odróżnić od nowszych). Pomimo tego, że jeszcze trwała wojna ( był to rok 1943), to było tam spokojnie, co jest tak widoczne we wspomnieniach Janiny Kamińskiej: <em>„Byliśmy samotni, bezpiecznie wyizolowani”</em>. Mimo to, ściany tej małej oficynki mogły usłyszeć o toczącej się zaledwie kilkanaście kilometrów dalej wojnie, ponieważ Kamyk dyktował treść książki żonie. Z relacji Janiny dowiadujemy się jak przebiegał ten proces twórczy:<em> „Chodził po pokoju. Długą chwilę zawieszałam pióro nad kartką. I nagle zaczął dyktować, nie, mówić jakby stał przy jednym z ognisk, wśród harcerzy czekających na gawędę”</em>. Jak wiadomo, książka ta nie jest powieścią fikcyjną – Kamyk znał osobiście każdą lub prawie każdą osobę których losy opisywał – szczególnie dobrze znał Rudego, Zośkę i Alka, a to co napisał to w dużej części relacje samych tych bohaterów. Kamyk był dla nich jak ojciec – starszy, w dodatku harcerz drużynowy, mający rozwinięty zmysł opiekuńczy – silnie przeżywał ich nieszczęśliwy los, dlatego przy pisaniu książki nie obyło się bez silnych emocji. Jak znów dowiadujemy się z relacji żony autora - <em>„Pamiętam, że przy scenie bestialskiego przesłuchania Rudego mnie zamierał dech, a Olkowi drżał głos... Często przerywał.”</em> W pewnym momencie pisania, okazało się, że ta cisza i wyizolowanie były pozorne – Janina i Aleksander usłyszeli ostrzeżenie jednego z domowników: <em>„Gestapo u sąsiadów!”</em> Na szczęście – ominęło ich.</p><strong>Domek – poszukiwania, odnalezienie, zapomnienie</strong>O tym, że to w Pruszkowie spisane zostały te losy wojenne wiemy dzięki biografii Kamyka autorstwa Barbary Wachowicz pt. <em>„Kamyk na szańcu”</em>. To dzięki jej staraniom możemy poznać relację żony Kamińskiego, a domek pomogła jej odnaleźć córka Kamyka – Ewa Rzetelska – Feleszko ( a stało się to dopiero na początku lat '90!). Sama posesja należała do wuja Janiny, który mieszkał w drewnianym domu obok oficynki. Gdy autorka biografii pojechała razem z córką Kamyka zobaczyć ten dom same nie wiedziały czy jeszcze go tam znajdą. Znalazły oficynkę w ruinie, wynajmowaną przez młodego chłopaka razem z ojcem, niezwiązanego z poprzednimi, wojennym właścicielami. Chłopak powiedział, że „<em>oficynkę pewnie właściciele rozbiorą....”</em>. Co dalej? Dalej niewiele się działo – były jakieś starania, próby, ale żadne odremontowanie ani upamiętnienie nie nastąpiło. Z racji tego, że książka wydana została w 2002 r. to czytając to nie wiedziałam czy ten dom jest tam nadal czy nie. Dlatego z wielką ciekawością wybrałam się tam razem z Piotrem Tomaszewskim z naszej redakcji, aby zbadać sprawę. Na szczęście domek nadal jest, więc wizja mieszkającego tam chłopaka o jego wyburzeniu nie sprawdziła się. Nie można podejść pod sam domek – widzieliśmy go od strony ulicy Zdziarskiej zza zamkniętej bramy i w odległości kilku metrów. Czy ktoś tam mieszka? Trudno powiedzieć – na posesji obok był tylko przyjazny piesek, więc nie było kogo zapytać. Faktem natomiast jest, że domek ten jest w niezbyt dobrym stanie, a zdecydowanie zasługuje na uwagę ze względu na swoją historię. Nie wyróżnia się niczym specjalnym pośród innych domków, a tak naprawdę jest wyjątkowy.