Drodzy czytelnicy! Oto druga część wywiadu z odmienionym gangsterem z Pruszkowa – Jarosławem „Masą” Sokołowskim. Pierwsza część dostępna TU.

EC: No, ale się udało. Mogę zatem pogratulować. Ale spójrzmy jeszcze na jedną sprawę. Wywiad w czasopiśmie „Gentleman”, następnie występy w „Alfabecie mafii”, „Teraz my” i w „Dzień dobry TVN”, a w tym roku książka. Co dalej? Czy chce Pan zostać „specyficznym” celebrytą, a może to parcie na szkło? Jest o Panu coraz głośniej.

JS: Jakby zagłębił się Pan mocniej w książkę i pozostałe części, które niedługo się ukażą, to by się Pan domyślił, że celebrytą to ja byłem całą dekadę – w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy funkcjonowało określenie VIP, ja tym VIP-em byłem i to takim VIP-em, z którym się liczyli politycy i możni tego świata.

EC: A chciałby Pan powrócić na miejsce VIP-a?

JS: To nie jest powrót! Ja w dalszym ciągu czuje się ważny. Absolutnie nie mam parcia na szkło. To co podkreślił Pan jedną linijką, to rozstrzał całej pierwszej dekady XX wieku. Najpierw był „Alfabet mafii”, gdzie ludzie skłonili mnie do tego. Ale to miało swoje dobre strony i musieliśmy o tym powiedzieć – to było zaprzyjaźnienie się z dziennikarzami. To był pierwszy krok ku temu, aby dziennikarze postrzegali mnie zupełnie inaczej.

EC: Wiele osób właśnie z telewizji dowiedziało się jak funkcjonuje mafia w Polsce, więc to z Pana strony wkład w tworzenie jakiejś historii na tej płaszczyźnie.

JS: Już w tym roku mieliśmy do czynienia z zagęszczeniem programów z moim udziałem. To jest konsekwencja dobrego marketingu firmy Prószyński, z którą mam podpisany kontrakt.

EC: Czyli, jak było wspominane, zamierza Pan wydać jeszcze inne książki, które nie będą o kobietach, ale dajmy na to o wczasach gangsterów.

JS: „Kobiety mafii” to była taka rozpędówka, przedbieg. Teraz wyjdą trzy książki. Do końca sierpnia mamy oddać z Arturem (Arturem Górskim, autorem książki – przyp. E.C.) książkę „Masa o finansach mafii pruszkowskiej”, następna nosiła będzie tytuł „Masa o akcjach zbrojnych mafii pruszkowskiej”, a czwarta będzie po prostu całą historią mafii pruszkowskiej – z każdego koszyczka po trochu.

EC: Zapowiada się antologia.

JS: Ja mam wiedzę w głowie. Musi Pan wiedzieć, że to były bardzo kolorowe czasy. Wychodziłem z domu z Kiełbachą (Masa, także w książce, nazywa tak Wojciecha P. „Kiełbasę”), czy obojętnie z kim ja wtedy byłem i w ciągu jednego dnia działo się tyle, że można by swobodnie ze trzy rozdziały napisać. A to była cała dekada, więc mam w głowie materiału na dziesięć książek. Ludzie zarzucają mi, że opowiadam o tamtych czasach jakby z lubością. I tu tkwi hipokryzja – nie moja, tylko tych ludzi. Bo, kto z tych, którzy oglądali „Ojca chrzestnego” nie kibicował rodzinie Corleone? Ja nie uważam się za złego człowieka, bo nigdy nie zrobiłem nikomu „aż tak” dużej krzywdy. Owszem, po moich rozkazach ludzie walczyli o życie na OIOM-ie, ale nikt się nie „przekręcił”. No, ale o jakich ludziach tu mówimy? My mówimy o bandziorach, bo ja zwykłego Kowalskiego nie zaatakowałem.

EC: To świadczy „dobrze” o Panu. Jak byłem młodszy funkcjonowało przekonanie, że mafia, jak każąca ręka sprawiedliwości może dopaść każdego. Dopiero później przekonałem się, że jest inaczej.

JS: To czego policja nie mogła zrobić, bo zabraniało jej prawo, to robiliśmy my. Nawet jeżeli chodzi o odbiory gotówki. Nie raz bywało, że delikwent tak finansowo rozkładał zwykłą, zamożną rodzinę na łopatki, która pożyczyła pieniądze lub w coś zainwestowała, że ludzie się wieszali. Mówimy tutaj o „szlachetnych” ludziach. Wyraz „szlachetny” należy wziąć w cudzysłów, bo należeli do nich osoby takie, jak ja, Pershing (Andrzej K. – przyp. E.C.) , Wańka (Leszek D., brat Malizny, opisywany przez Masę jako jednego z najinteligentniejszych mafiosów starej ekipy, skłonnego do rozwiązań pokojowych – przyp. E.C.) i szereg innych ludzi, których mogę tutaj wymieniać. Jednak z drugiej strony, także jednym tchem mogę wymieniać ludzi pokroju „Bryndziaka” (Marcin B. był szefem jednej z bojówek „miasta”, niezwykle brutalny – przyp. E.C.), który ganiał kota po całej ulicy żeby go przejechać, a kiedy to już zrobił miał z tego ogromną radość, jakby wygrał w „totka”. Mówimy o sadystach, o patologii, recydywistach i młodych chłopcach zakochanych w recydywie. To osoby niedojrzałe emocjonalnie, choć nie wierzę, żeby teraz Bryndziak nie ewoluował – ma rodzinę i dziecko, więc też musi mieć jakieś uczucia. Miejmy nadzieję, że chociaż troszeczkę poszedł po rozum do głowy.

Pruszków oczami Jarosława „Masy” Sokołowskiego cz. IIhttps://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2014/07/038ca72f4c894dfbe25cd72e21e1a085.jpghttps://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2014/07/038ca72f4c894dfbe25cd72e21e1a085-300x300.jpgEdgar CzopEdgar CzopPolecanePruszkówStyl życia,,,,,,,,,
Drodzy czytelnicy! Oto druga część wywiadu z odmienionym gangsterem z Pruszkowa - Jarosławem 'Masą' Sokołowskim. Pierwsza część dostępna TU.EC: No, ale się udało. Mogę zatem pogratulować. Ale spójrzmy jeszcze na jedną sprawę. Wywiad w czasopiśmie „Gentleman”, następnie występy w „Alfabecie mafii”, „Teraz my” i w „Dzień dobry TVN”, a...
Drodzy czytelnicy! Oto druga część wywiadu z odmienionym gangsterem z Pruszkowa - Jarosławem "Masą" Sokołowskim. Pierwsza część dostępna <a href="http://pruszkowmowi.pl/2014/07/pruszkow-oczami-jaroslawa-masy-sokolowskiego/">TU</a>.<b>EC: No, ale się udało. Mogę zatem pogratulować. Ale spójrzmy jeszcze na jedną sprawę. Wywiad w czasopiśmie „Gentleman”, następnie występy w „Alfabecie mafii”, „Teraz my” i w „Dzień dobry TVN”, a w tym roku książka. Co dalej? Czy chce Pan zostać „specyficznym” celebrytą, a może to parcie na szkło? Jest o Panu coraz głośniej.</b><b>JS: </b>Jakby zagłębił się Pan mocniej w książkę i pozostałe części, które niedługo się ukażą, to by się Pan domyślił, że celebrytą to ja byłem całą dekadę - w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy funkcjonowało określenie VIP, ja tym VIP-em byłem i to takim VIP-em, z którym się liczyli politycy i możni tego świata.<b>EC: A chciałby Pan powrócić na miejsce VIP-a?</b><b>JS: </b>To nie jest powrót! Ja w dalszym ciągu czuje się ważny. Absolutnie nie mam parcia na szkło. To co podkreślił Pan jedną linijką, to rozstrzał całej pierwszej dekady XX wieku. Najpierw był „Alfabet mafii”, gdzie ludzie skłonili mnie do tego. Ale to miało swoje dobre strony i musieliśmy o tym powiedzieć – to było zaprzyjaźnienie się z dziennikarzami. To był pierwszy krok ku temu, aby dziennikarze postrzegali mnie zupełnie inaczej.<b>EC: Wiele osób właśnie z telewizji dowiedziało się jak funkcjonuje mafia w Polsce, więc to z Pana strony wkład w tworzenie jakiejś historii na tej płaszczyźnie.</b><b>JS: </b>Już w tym roku mieliśmy do czynienia z zagęszczeniem programów z moim udziałem. To jest konsekwencja dobrego marketingu firmy Prószyński, z którą mam podpisany kontrakt.<b>EC: Czyli, jak było wspominane, zamierza Pan wydać jeszcze inne książki, które nie będą o kobietach, ale dajmy na to o wczasach gangsterów.</b><b>JS: </b>„Kobiety mafii” to była taka rozpędówka, przedbieg. Teraz wyjdą trzy książki. Do końca sierpnia mamy oddać z Arturem (Arturem Górskim, autorem książki – przyp. E.C.) książkę „Masa o finansach mafii pruszkowskiej”, następna nosiła będzie tytuł „Masa o akcjach zbrojnych mafii pruszkowskiej”, a czwarta będzie po prostu całą historią mafii pruszkowskiej – z każdego koszyczka po trochu.<b>EC: Zapowiada się antologia.</b><b>JS: </b>Ja mam wiedzę w głowie. Musi Pan wiedzieć, że to były bardzo kolorowe czasy. Wychodziłem z domu z Kiełbachą (Masa, także w książce, nazywa tak Wojciecha P. „Kiełbasę”), czy obojętnie z kim ja wtedy byłem i w ciągu jednego dnia działo się tyle, że można by swobodnie ze trzy rozdziały napisać. A to była cała dekada, więc mam w głowie materiału na dziesięć książek. Ludzie zarzucają mi, że opowiadam o tamtych czasach jakby z lubością. I tu tkwi hipokryzja – nie moja, tylko tych ludzi. Bo, kto z tych, którzy oglądali „Ojca chrzestnego” nie kibicował rodzinie Corleone? Ja nie uważam się za złego człowieka, bo nigdy nie zrobiłem nikomu „aż tak” dużej krzywdy. Owszem, po moich rozkazach ludzie walczyli o życie na OIOM-ie, ale nikt się nie „przekręcił”. No, ale o jakich ludziach tu mówimy? My mówimy o bandziorach, bo ja zwykłego Kowalskiego nie zaatakowałem.<b>EC: To świadczy „dobrze” o Panu. Jak byłem młodszy funkcjonowało przekonanie, że mafia, jak każąca ręka sprawiedliwości może dopaść każdego. Dopiero później przekonałem się, że jest inaczej. </b><b>JS: </b>To czego policja nie mogła zrobić, bo zabraniało jej prawo, to robiliśmy my. Nawet jeżeli chodzi o odbiory gotówki. Nie raz bywało, że delikwent tak finansowo rozkładał zwykłą, zamożną rodzinę na łopatki, która pożyczyła pieniądze lub w coś zainwestowała, że ludzie się wieszali. Mówimy tutaj o „szlachetnych” ludziach. Wyraz „szlachetny” należy wziąć w cudzysłów, bo należeli do nich osoby takie, jak ja, Pershing (Andrzej K. – przyp. E.C.) , Wańka (Leszek D., brat Malizny, opisywany przez Masę jako jednego z najinteligentniejszych mafiosów starej ekipy, skłonnego do rozwiązań pokojowych – przyp. E.C.) i szereg innych ludzi, których mogę tutaj wymieniać. Jednak z drugiej strony, także jednym tchem mogę wymieniać ludzi pokroju „Bryndziaka” (Marcin B. był szefem jednej z bojówek „miasta”, niezwykle brutalny – przyp. E.C.), który ganiał kota po całej ulicy żeby go przejechać, a kiedy to już zrobił miał z tego ogromną radość, jakby wygrał w „totka”. Mówimy o sadystach, o patologii, recydywistach i młodych chłopcach zakochanych w recydywie. To osoby niedojrzałe emocjonalnie, choć nie wierzę, żeby teraz Bryndziak nie ewoluował – ma rodzinę i dziecko, więc też musi mieć jakieś uczucia. Miejmy nadzieję, że chociaż troszeczkę poszedł po rozum do głowy.