Nocny sport   

Jako osoba z Pruszkowa, pracująca na co dzień w Warszawie, każdego dnia przemieszczam się pomiędzy tymi dwoma miastami. W drodze, za oknami pociągu przewijają się kolorowe malunki. Czym są? Aktem wandalizmu, dewastowaniem czy może sztuką? Jadąc wlepiam swój wzrok w szyby i za każdym razem dostrzegam nowe twory – na murku, na skrzynce elektrycznej, na całym wagonie. W tym miejscu chciałbym jasno określić swoje stanowisko wobec graffiti – nie maluje i nie będę malował, ale uwielbiam na nie patrzeć.  Powiedzmy sobie szczerze, jest to wandalizm, czego nie kryją twórcy tej sceny.  Nazywają siebie wandalami i są z tego dumni. Toczą pewnego rodzaju walkę z systemem – robią to raczej w celach rozrywkowych, a nie jak za zaborcy, gdy w nocy malowało się symbole Polski Walczącej mające mobilizować ducha walki rodaków. Dla dzisiejszych nocnych malarzy to raczej zabawa w „kotka i myszkę” ze służbami porządkowymi. Im bardziej skomplikowany i kolorowy wzór tym lepiej, a najlepiej żeby był umieszczony na pociągu dalekobieżnym, który za parę minut odjeżdża, tak by praca nie została zmyta, a wyjechała jak pocztówka do kolegów- grafficiarzy z innego miasta. Zabawa bardzo ryzykowna i wymagająca.  Śledzę trochę scenę, oglądam wiele filmików prezentujących akcje różnych ekip z całego kraju i zza granicy. Wszędzie działa to tak samo – siatka z kilkoma kolorowymi puszkami, kartka papieru ze szkicem i kilku (rzadziej kilkoro) osobników z zamaskowanymi twarzami.

Pojawiają się i w ciągu kilku minut na „panelu” pojawia się kolorowy napis. Uwijają się jak mrówki, bo w każdej chwili może pojawić się służba porządkowa – w ciągu tych kilku minut, są w stanie zamalować bok wagonu po całej jego długości wymyślnymi, kolorowymi symbolami. Podziwiam ich za to. To naprawdę dobrze zaplanowane i przemyślane akcje wymagające współpracy, zaufania, wyobraźni i talentu. No i bycia szybkim – zarówno w malowaniu jak i w bieganiu.

 Ciche przyzwolenie, czy powód do dumy?

Graffiti jest odłamem sztuki nowoczesnej, kojarzącej się bezpośrednio z miastem. Dlaczego właśnie w miastach? Bo miasta są szare i smutne. Malowanie barwnych napisów rozwesela miasto. Warto nadmienić, że nie wszędzie malowanie na murach jest nie legalne. W Warszawie, Poznaniu, Krakowie czy Lublinie znajduje się kilka miejsc oznaczonych specjalnym znakiem z puszką sprayu, gdzie twórcy mogą malować legalnie. Coraz więcej miast organizuje „Graffiti Jam’y” czyli imprezy w których zamalowywane są całe mury. Imprezy te przyciągają bardzo duże ilości osób z różnych grup społecznych, kolorowe prace przyciągają wzrok, często trzeba dłuższej chwili by odczytać zagmatwany, barwny napis. Za takimi imprezami stoją sponsorzy, a więc i wpływy do kas miejskich, ale przede wszystkim twórcy. W Pruszkowie i okolicach mieszka wielu malarzy, którzy na scenie graffiti są „sławami”, a ich prace to prawdziwe dzieła sztuki, jednak nie mają gdzie malować. Każdy, kto porusza się po mieście na pewno zna zamalowany budynek apteki na ul. Armii Krajowej czy tyły byłego sklepu meblowego nieopodal cmentarza. Twórcy tych prac twierdzą, że są to miejsca w których można malować, że władze miasta oraz mieszkańcy wyrażają na to „cichą zgodę”. 

Pruszkowskie GraffitiOczywiście nadal nie można tam malować w biały dzień i bez zbędnej ostrożności, no ale po policje nikt nie dzwoni. Władze miejskie twierdzą, że nikt nie wyraża zgody na dewastowanie mienia malunkami. Skoro mieszkańcy akceptują takie prace, a często wyrażają swój podziw dla ich twórców, dlaczego nie ma miejsca w którym młode talenty mogłyby rozwijać swoje umiejętności?

  Jak to zwykle w Polsce bywa…

Osobiście próbowałem pomóc w zdobyciu takiego miejsca, chcieliśmy malować mur okalający pruszkowską elektrociepłownie od strony kładki przy stacji PKP. Kto tamtędy przechodzi wie w jakim stanie jest ten mur – zniszczony, brudny i szary. Odwiedziłem Urząd Miejski, by dowiedzieć jak zacząć i do kogo się udać. Miastu pomysł się podobał, co nie równało się z tym, że został wyznaczony ktoś, kto pomoże uzyskać potrzebne zgody. Na wyrażeniu aprobaty, miasto skończyło swoje wsparcie, ja natomiast  zostałem samotny na placu boju. Sprawa z pozoru prosta – Musi Pan zdobyć zgodę właściciela muru, my (miasto) musimy mu wystawić zgodę na budowę bo malowanie muru to w papierach „remont elewacji” i można działać. Zdobycie zgody właściciela zacząłem, a zarazem skończyłem na ustaleniu kto jest właścicielem muru. Odwiedziłem elektrociepłownie, ale niestety osób odpowiedzialnych za administrację terenu nie zastałem.

Prace Pruszkowskich Grafficiarzy

Wziąłem też udział w telefonicznym ping-pongu moją osobą w czasie którego odbijano mnie od osoby do osoby, za każdym razem słysząc to samo – ja niestety nie jestem upoważniony, ale przełączę Pana za chwilę… Poddałem się po tygodniu, bo walka o inicjatywę społeczną w naszym mieście wymaga posiadania bardzo dużo wolnego czasu, który chce się poświęcić na chodzeniu od drzwi do drzwi kolejnych urzędów i instytucji.  Najbardziej zaskakujące jest to, że odmawiają człowiekowi, który przychodzi i mówi im: „Słuchajcie, wyremontujemy Wam mur, pomalujemy go kolorowymi farbami, zrobimy wydarzenie,  Wy nic za to nie zapłacicie, a zyskacie na wizerunku. Całe miasto zyska na wizerunku. Pokażecie się jako instytucje aktywne, wspierające młodzież.” Nikt nie chce być aktywny i nikt nie chce wspierać. Przez te próby wyrobiłem sobie zdanie o naszych miejskich instytucjach – można je określić jednym słowem – funkcjonują. Zapewniają mieszkańcom to czego potrzebują do funkcjonowania, ale nie dają nic ponadto, gwarantują minimum. Inicjatywa społeczna w tym mieście nie istnieje, bo nikt jej nie wspiera. Władze wszędzie widzą negatywne aspekty, nie szukają pozytywnych. Brakuje w nich otwartości. Szkoda, może gdyby zmieniło się podejście, w naszym mieście pojawiło by się trochę życia i koloru.

Graffiti – część miejskiego krajobrazuhttps://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2014/01/gszcrew12-1024x382.jpghttps://www.pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2014/01/gszcrew12-300x300.jpg Rafał Król PolecanePruszkówRafał KrólStyl życia
Nocny sport    Jako osoba z Pruszkowa, pracująca na co dzień w Warszawie, każdego dnia przemieszczam się pomiędzy tymi dwoma miastami. W drodze, za oknami pociągu przewijają się kolorowe malunki. Czym są? Aktem wandalizmu, dewastowaniem czy może sztuką? Jadąc wlepiam swój wzrok w szyby i za każdym razem dostrzegam nowe...
<h2 style="text-align: justify;"></h2> <h2 style="text-align: justify;"><span style="line-height: 1.5em;">Nocny sport  </span><span style="line-height: 1.5em;"> </span></h2> <p style="text-align: justify;"><span style="text-align: justify; line-height: 1.5em;">Jako osoba z Pruszkowa, pracująca na co dzień w Warszawie, każdego dnia przemieszczam się pomiędzy tymi dwoma miastami. W drodze, za oknami pociągu przewijają się kolorowe malunki. Czym są? Aktem wandalizmu, dewastowaniem czy może sztuką? Jadąc wlepiam swój wzrok w szyby i za każdym razem dostrzegam nowe twory - na murku, na skrzynce elektrycznej, na całym wagonie. W tym miejscu chciałbym jasno określić swoje stanowisko wobec graffiti – nie maluje i nie będę malował, ale uwielbiam na nie patrzeć.  Powiedzmy sobie szczerze, jest to wandalizm, czego nie kryją twórcy tej sceny.  Nazywają siebie wandalami i są z tego dumni. Toczą pewnego rodzaju walkę z systemem – robią to raczej w celach rozrywkowych, a nie jak za zaborcy, gdy w nocy malowało się symbole Polski Walczącej mające mobilizować ducha walki rodaków. Dla dzisiejszych nocnych malarzy to raczej zabawa w „kotka i myszkę” ze służbami porządkowymi. Im bardziej skomplikowany i kolorowy wzór tym lepiej, a najlepiej żeby był umieszczony na pociągu dalekobieżnym, który za parę minut odjeżdża, tak by praca nie została zmyta, a wyjechała jak pocztówka do kolegów- grafficiarzy z innego miasta. Zabawa bardzo ryzykowna i wymagająca.  Śledzę trochę scenę, oglądam wiele filmików prezentujących akcje różnych ekip z całego kraju i zza granicy. Wszędzie działa to tak samo – siatka z kilkoma kolorowymi puszkami, kartka papieru ze szkicem i kilku (rzadziej kilkoro) osobników z zamaskowanymi twarzami.</span></p> <p style="text-align: justify;"><iframe src="//www.youtube.com/embed/C-ULTZ0P_O8" height="480" width="853" allowfullscreen="" frameborder="0"></iframe></p> <p style="text-align: justify;">Pojawiają się i w ciągu kilku minut na „panelu” pojawia się kolorowy napis. Uwijają się jak mrówki, bo w każdej chwili może pojawić się służba porządkowa – w ciągu tych kilku minut, są w stanie zamalować bok wagonu po całej jego długości wymyślnymi, kolorowymi symbolami. Podziwiam ich za to. To naprawdę dobrze zaplanowane i przemyślane akcje wymagające współpracy, zaufania, wyobraźni i talentu. No i bycia szybkim – zarówno w malowaniu jak i w bieganiu.</p> <h2 style="text-align: justify;"> <strong>Ciche przyzwolenie, czy powód do dumy?</strong></h2> <p style="text-align: justify;">Graffiti jest odłamem sztuki nowoczesnej, kojarzącej się bezpośrednio z miastem. Dlaczego właśnie w miastach? Bo miasta są szare i smutne. Malowanie barwnych napisów rozwesela miasto. Warto nadmienić, że nie wszędzie malowanie na murach jest nie legalne. W Warszawie, Poznaniu, Krakowie czy Lublinie znajduje się kilka miejsc oznaczonych specjalnym znakiem z puszką sprayu, gdzie twórcy mogą malować legalnie. Coraz więcej miast organizuje „Graffiti Jam'y” czyli imprezy w których zamalowywane są całe mury. Imprezy te przyciągają bardzo duże ilości osób z różnych grup społecznych, kolorowe prace przyciągają wzrok, często trzeba dłuższej chwili by odczytać zagmatwany, barwny napis. Za takimi imprezami stoją sponsorzy, a więc i wpływy do kas miejskich, ale przede wszystkim twórcy. W Pruszkowie i okolicach mieszka wielu malarzy, którzy na scenie graffiti są „sławami”, a ich prace to prawdziwe dzieła sztuki, jednak nie mają gdzie malować. <span style="text-align: justify; line-height: 1.5em;">Każdy, kto porusza się po mieście na pewno zna zamalowany budynek apteki na ul. Armii Krajowej czy tyły byłego sklepu meblowego nieopodal cmentarza. Twórcy tych prac twierdzą, że są to miejsca w których można malować, że władze miasta oraz mieszkańcy wyrażają na to „cichą zgodę”. </span></p> <p style="text-align: justify;"><img class="wp-image-124 alignright" style="border: 1px solid black; margin-top: 2px; margin-bottom: 2px;" alt="Pruszkowskie Graffiti" src="https://pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2014/01/66410_194189730719782_958428426_n2.jpg" width="576" height="215" /><span style="text-align: justify; line-height: 1.5em;">Oczywiście nadal nie można tam malować w biały dzień i bez zbędnej ostrożności, no ale po policje nikt nie dzwoni. Władze miejskie twierdzą, że nikt nie wyraża zgody na dewastowanie mienia malunkami. Skoro mieszkańcy akceptują takie prace, a często wyrażają swój podziw dla ich twórców, dlaczego nie ma miejsca w którym młode talenty mogłyby rozwijać swoje umiejętności?</span></p> <h2 style="text-align: justify;"> <strong> Jak to zwykle w Polsce bywa...</strong></h2> <p style="text-align: justify;">Osobiście próbowałem pomóc w zdobyciu takiego miejsca, chcieliśmy malować mur okalający pruszkowską elektrociepłownie od strony kładki przy stacji PKP. Kto tamtędy przechodzi wie w jakim stanie jest ten mur – zniszczony, brudny i szary. Odwiedziłem Urząd Miejski, by dowiedzieć jak zacząć i do kogo się udać. Miastu pomysł się podobał, co nie równało się z tym, że został wyznaczony ktoś, kto pomoże uzyskać potrzebne zgody. Na wyrażeniu aprobaty, miasto skończyło swoje wsparcie, ja natomiast  zostałem samotny na placu boju. Sprawa z pozoru prosta – Musi Pan zdobyć zgodę właściciela muru, my (miasto) musimy mu wystawić zgodę na budowę bo malowanie muru to w papierach „remont elewacji” i można działać. Zdobycie zgody właściciela zacząłem, a zarazem skończyłem na ustaleniu kto jest właścicielem muru. Odwiedziłem elektrociepłownie, ale niestety osób odpowiedzialnych za administrację terenu nie zastałem.</p> <p style="text-align: justify;"><a href="https://pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2014/01/gszcrew12.jpg"><img class="alignnone wp-image-127" alt="Prace Pruszkowskich Grafficiarzy" src="https://pruszkowmowi.pl/wp-content/uploads/2014/01/gszcrew12-1024x382.jpg" width="922" height="344" /></a></p> <p style="text-align: justify;">Wziąłem też udział w telefonicznym ping-pongu moją osobą w czasie którego odbijano mnie od osoby do osoby, za każdym razem słysząc to samo – ja niestety nie jestem upoważniony, ale przełączę Pana za chwilę... Poddałem się po tygodniu, bo walka o inicjatywę społeczną w naszym mieście wymaga posiadania bardzo dużo wolnego czasu, który chce się poświęcić na chodzeniu od drzwi do drzwi kolejnych urzędów i instytucji.  Najbardziej zaskakujące jest to, że odmawiają człowiekowi, który przychodzi i mówi im: „Słuchajcie, wyremontujemy Wam mur, pomalujemy go kolorowymi farbami, zrobimy wydarzenie,  Wy nic za to nie zapłacicie, a zyskacie na wizerunku. Całe miasto zyska na wizerunku. Pokażecie się jako instytucje aktywne, wspierające młodzież.” Nikt nie chce być aktywny i nikt nie chce wspierać. Przez te próby wyrobiłem sobie zdanie o naszych miejskich instytucjach – można je określić jednym słowem – funkcjonują. Zapewniają mieszkańcom to czego potrzebują do funkcjonowania, ale nie dają nic ponadto, gwarantują minimum. Inicjatywa społeczna w tym mieście nie istnieje, bo nikt jej nie wspiera. Władze wszędzie widzą negatywne aspekty, nie szukają pozytywnych. Brakuje w nich otwartości. Szkoda, może gdyby zmieniło się podejście, w naszym mieście pojawiło by się trochę życia i koloru.</p>